Przebywał wśród duchów

Bohater tej historii  nie był złodziejem, mordercą czy narkomanem. Kiedyś mówił, że gdyby wszyscy byli tacy jak on, to świat byłby rajem. Dzisiaj już tak nie uważa, bo jest świadomy, że znajdował się w bardzo niebezpiecznym miejscu. Opowiadał mi swoją historię przez telefon przez półtorej godziny. To jedno z mocniejszych świadectw jakie słyszałem

W PRL-u Robert należał do klasy krytycznie określanej „prywaciarzami”, a tych z jego branży „badylarzami”. Tacy jak on w wolnej Polsce byli pierwszymi przedsiębiorcami, którzy umieli poruszać się na wolnym rynku.  Robert miał własny dom, dobry samochód i osobiście znał księdza proboszcza. Jednak to nie pieniądze, ani kontakty interesowały go najbardziej. Trafił do elitarnego grona ludzi, którzy zajmowali się zjawiskami nadnaturalnymi. Szybko się wciągnął w świat wahadełek, różdżek, kart tarota, jogi, medytacji, jasnowidztwa i UFO. Była w tym wszystkim moc, którą widział na własne oczy. Ziołolecznictwo go nie pociągało, bo za wolno działało. Nauczył się generować energię, która była znacznie bardziej skuteczna. Robert dzielił zjawiska nadnaturalne na białą i czarną magię. Wierzył, że zajmował się magią białą. Tą dobrą, jak wtedy uważał. Ponieważ ludzie źle reagowali na to słowo, osoby z jego grona wolały  używać określenia  „parapsychologia”. Ta nie przerażała, a wręcz przeciwnie, wzbudzała zainteresowanie.

Robert był człowiekiem religijnym. Regularnie chodził do Kościoła. Nie znał jednak Biblii i w związku z tym nie miał wzorca według, którego mógł ocenić co jest dobre, a co złe. Nie wiedział między innymi, że uprawianie magii jest zabronione przez Boga. Dla grona jego nowych przyjaciół Kościół nie był miejscem atrakcyjnym. Za mało się w nim działo i za mało z niego wynikało. Kolega Roberta, w poszukiwaniu większej mocy, zaczął jeździć do Indii. Tam trafił do pewnego klasztoru, gdzie znalazł dla siebie guru. Wierzył, że tamten jest bogiem. Pewnego dnia kolega zatruł się i był bliski śmierci. Był przerażony. Guru poradził mu, aby głęboko oddychał aż mu przejdzie. Po tym doświadczeniu zachwyt nad religiami Wschodu mu przeszedł.

W miarę głębszego wchodzenia w czary, Robert robił się coraz bardziej zuchwały i szyderczy. Zaczął kpić z wiary i z Boga. Czerpał satysfakcję z tego, że miał moc, aby burzyć ludziom ich wewnętrzne światy. Czuł, że ma władzę.

W tym czasie siostra Roberta znalazła drogę do Boga. Poznała Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Zaczęła żyć nowym życiem, według zaleceń Biblii. Mówiła, że „narodziła się na nowo”. Zaczęła opowiadać historie, które bardzo Roberta zainteresowały.  Szczególną jego uwagę zwróciło zagadnienie „chrztu w Duchu Świętym”. Gdy przeczytał książkę o człowieku, który tego doświadczył, sam tego zapragnął. Poczuł, że jest to coś, czego bardzo pragnie i był gotowy, aby to przyjąć. Żona uznała że oszalał.

Pewnego dnia spotkali się w cztery osoby. Jedna z nich poprowadziła Roberta w modlitwie. Własnymi słowami mówił, że pragnie Boga, Jego obecności, Jego dotyku, Jego zbawienia. Nagle zobaczył duchową prawdę o sobie samym. Czuł się jak gdyby znalazł się na stadionie, a wszystkie jupitery były skierowane na niego. Został mu pokazany cały brud jego życia. Równocześnie zobaczył czystość Boga i potęgę Jego przebaczenie. Klęczał i oddawał Mu swoje życie. Ta modlitwa wywróciła jego życie do góry nogami.

Robert żył w dwóch światach. O wschodzie słońca brał udział w spotkaniach okultystycznych, podczas których miał kontakt ze swoim duchowym przewodnikiem, postacią piękną i lśniącą. Wieczorem chodził na spotkania z Bogiem. Uczęszczał też na spotkania z uzdrowicielami z Chin, Filipin, Kazachstanu. Jednak ich praktyki coraz mniej pasowały do wieczornych spotkań. W pewnym momencie Robert  zrozumiał, że musi dokonać wyboru, bo obie drogi prowadziły w zupełnie różnych kierunkach. Radość, pokój, satysfakcja i spełnienie, które płynęły ze spotkań z Bogiem były tak sycące, że postanowił zrezygnować z usług swojego dotychczasowego przewodnika i jego mocy, przed którymi zaczął odczuwać rosnący lęk. Po czterech latach trwania w „religii diabła”, Robert zniszczył wszystkie spirytystyczne gadżety, takie jak wahadełka i piramidki. Wówczas w jego domu zaczęły działać się rzeczy tajemnicze i przerażające. Zupełnie bez przyczyny na środek pokoju przewróciła się ciężka meblościanka, która mogła zabić jego synka. W niewytłumaczalny sposób uległa zniszczeniu uprawa róż i ogórków. Jego rodzina nie miała z czego żyć. Robert czuł, że płaci cenę za zerwanie ze starym życiem.

Robert z żoną zapragnęli kontaktów z ludźmi, którzy mieli głód Boga i Jego Słowa. Chodzili do kościoła, w nadziei, że uda im się takie osoby znaleźć, ale spotykali jedynie ludzi, którzy zadowalali się kościelną tradycją. Przyjaciel Roberta, który też przeżył nowonarodzenie, poszedł w tym samym celu do seminarium duchownego, ale tam było podobnie. Nie znalazł ludzi, którzy chcieliby żyć w całkowitym, bezkompromisowym posłuszeństwie Bogu. Po roku zrezygnował.  Animator z pewnej wspólnoty wydawał się mieć duchowe pragnienia, ale w praktyce okazało się, że szukał jedynie doznań charyzmatycznych. Nie miał głodu życia według Słowa Bożego. Stygł w oczach. Ostatecznie poszedł w fanatyzm religijny.

Przy kościele istniała grupa charyzmatyczna. Pięknie wielbili Chrystusa, ale z taką samą pasją oddawali też cześć ludziom – Maryi i świętym. Robert z żoną nie mogli się na to zgodzić. Znali Biblię na tyle, że wiedzieli komu jedynie należy się chwała: „potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,14-16). Zrezygnowali z uczestnictwa we wspólnocie. Znowu byli sami.

Pewnego dnia Robert miał wielki apetyt na rybę.  Żona usmażyła mu świeże śledzie. Z jakiegoś powodu ten obiad miał dla niego wielkie duchowe znaczenie. Zaczął sobie wyobrażać Jezusa, który piekł ryby na plaży i rozdawał je swoim uczniom. Wówczas spłynęło na niego poczucie głębi i powagi Wieczerzy Pańskiej. Podjęli z żoną decyzję, że będą łamać chleb i pić wino, tak jak mówi Biblia. Pojawiło się podnoszenie rąk. Zapragnęli być ochrzczeni w wodzie, tak jak Jezus w Jordanie. Bóg wprowadzał ich w głębsze poznanie siebie samego. To wszystko działo się u nich w mieszkaniu bez pośrednictwa żadnych ludzi.

Wkrótce pojawił się zatarg ze znajomym proboszczem, który powiedział Robertowi i jego żonie, aby przestali czytać Biblię, bo zejdą na manowce. Po tym jak znajomi zaczęli ich  na ulicy omijać, a jedni nawet na ich widok splunęli, małżonkowie dowiedzieli się, że w  niedzielę proboszcz podczas wszystkich mszy świętych ostrzegł przed nimi swoich parafian. Zrobił nawet to, co dzisiaj jest nie do pomyślenia – wymienił ich z imienia, nazwiska i podał ich adres. Po tym co zrobił, stracił ich serce. Był rok 1985. Wkrótce jednak pojawili się ludzie, z którymi Robert z żoną mieli jedność ducha i wiary. Zyskali nową rodzinę i tak jest do dzisiaj.

– Kiedyś myślałem, że moc płynąca z okultyzmu, spirytyzmu i magii jest wszystkim co można w tym życiu osiągnąć. Okazało się, że istnieje coś znacznie większego – pokój, radość i wolność w Duchu Świętym. Nie chodzi o to, co czujesz, ale o to, z kim żyjesz i dokąd podążasz. Ja idę za Jezusem. Znam swoją przyszłość. Wiem gdzie spędzę wieczność. Jestem szczęśliwy, bo Bóg nazywa mnie swoim synem.  Niczego więcej nie potrzebuję – mówi Robert, który razem z żoną wyglądają na najszczęśliwszych ludzi na ziemi.

Maciek Strzyżewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s