Fotografia z lat osiemdziesiątych

Historia sentymentalna o młodości, pasji i PRL-u.

Gdy w 1985 z wielkim bólem po raz drugi rozpocząłem naukę w pierwszej klasie liceum, usiadłem w jednej ławce z Tomkiem, dzięki któremu zainteresowałem się fotografią. Robienie zdjęć mocno nas obu pochłonęło z tą jednak różnicą, że on wiedział co się dzieje na lekcjach, a ja nie.

W szafie znalazłem Zenita 11, który rodzice kupili na handel w Bułgarii. Udało mi się ich przekonać, że potrzebuję go dla poprawnego rozwoju emocjonalnego. Zgodzili się. Teraz trzymałem w ręku prawdziwy aparat fotograficzny. Wciąż pamiętam jego zapach i połysk dużego szkła obiektywu. To była jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia.

Wkrótce zdobyłem czeski powiększalnik Opemus 6, zegar, koreks, kuwety, szczypce, lampę ciemniową oraz kartoniki z papierem fotograficznym o różnej kontrastowości. Ciemnię, jak to wtedy bywało, zrobiłem w łazience.

Dostawa do jedynego sklepu fotograficznego w stutysięcznym mieście przychodziła raz w miesiącu. Gdy szedłem do szkoły na godzinę 8.00 kolejka miała już kilkadziesiąt metrów długości. Ludzie stali od północy. Na pierwszych trzech klientów czekały aparaty Zenit, na pierwszych pięćdziesięciu fatalnej jakości slajdy i kolorowe filmy ORWO produkcji NRD. W co trzeciej dostawie przywozili jeden rzutnik do slajdów lub powiększalnik. Dla stu klientów wystarczało rosyjskich filmów Foto 65. Trzeba było mieć dużo determinacji, aby robić wówczas zdjęcia.

A pomimo szarości dnia codziennego czasy były barwne. Tomek odkrył dobre źródło i kupił 1 km znakomitego czarno-białego filmu ORWO 55, na którym kręcono wówczas kroniki filmowe. Cięliśmy go w ciemni na kawałki po 1,7 metra, a potem wkręcaliśmy w szpulki. Pstrykałem wtedy po trzy, cztery rolki w tygodniu.

Na półce u ojca znalazłem jakiś stary podręcznik chemiczny. Znajdowały się tam m.in. receptury wywoływaczy do negatywów. Biegaliśmy z Tomkiem po laboratoriach chemicznych, aby zdobyć po kilka gramów potrzebnych związków chemicznych. Przeżyliśmy wielką radość, gdy pewnego dnia znajomy dał nam paczkę siarczynu sodowego bezwodnego, który stanowił główny składnik wywoływacza. Żaden z dostępnych na polskim rynku nie był tak dobry jak Kodak D76, który robiliśmy sobie sami w domu.

Gdy miałem 18 lat spodobała mi się pewna Ewa z Wrocławia. Jeździłem do niej co dwa tygodnie. Wyruszałem w piątek i spędzałem całą noc w pociągu, często na stojąco. Nie zawsze mogła się ze mną spotkać, ale gdy mogła to było cudownie. Nigdy jej nie dotknąłem. Wracałem w nocy z niedzieli na poniedziałek, zazwyczaj stojąc na korytarzu.

Pewnego dnia po przyjeździe pociągu o 6.30 pozostało mi jeszcze półtorej godziny do rozpoczęcia lekcji. Pobiegłem do domu i szybko wkręciłem filmy do koreksu, a potem wywołałem je w podwyższonej temperaturze, aby było szybciej. Po kilku minutach suszyłem je suszarką do włosów, aby jak najszybciej ujrzeć na odbitce w kuwecie jej śliczną twarz. Nagle na biały papier przede mną z wycieńczenia zaczęła kapać mi krew z nosa.

Dobrze wspominam tamte czasy, kiedy to zbiegły się moje dwie wielkie pasje – fotografia i Ewa.

Maciek Strzyżewski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s