Dziecięcego świata czar

Ulica była szara i obdrapana, a jednak zapamiętałem ją jako barwny ogród dziecięcych zabaw.

Klimat dzielnicy, w której mieszkałem, dobrze oddawała nazwa głównej ulicy – Piekiełko. Pobliska kotłownia sprawiała, że nasze okna były zawsze matowo szare. Ulica była pełna spelun i połamanych ławek okupowanych przez zapitych facetów, którzy wciąż wychodzili z kotłowni.

Obraz zmieniał się raz do roku kiedy to od rana z głośników rozbrzmiewała żwawa marszowa muzyka, bloki były udekorowane flagami, a potem przepływał barwny korowód klasy pracującej obywateli Polski Ludowej. Byłem tak podekscytowany tym wydarzeniem, że jeden pochód oglądałem przez okno, a w telewizji te z innych miast, a przede wszystkim ten najważniejszy, wzorcowy z Moskwy.

Na podwórkach bawiły się tłumy dzieciaków. Były ich dziesiątki. Wciąż pamiętam gwar jaki im towarzyszył. Dzisiaj w tych miejscach panuje całkowita cisza.

Każdą chwilę spędzaliśmy na dworze (którego prostota została zastąpiona w przyszłości przez internet, telewizję kablową i komórki). Tylko dwie rodziny na trzy budynki miały podłączony telefon. Wszyscy chodzili do nich dzwonić. Ludzie się spotykali i ze sobą rozmawiali.

Zabawa trwała nieustannie i nie trzeba było do niej żadnych gadżetów, no może z wyjątkiem połatanej piłki, którą czasami ktoś dostał od poprzednich pokoleń, bo o kupnie nowej można było tylko pomarzyć. Piłka cieszyła się największym wzięciem. To za jej sprawą nigdzie nie było trawy. Tłumy dzieciaków nieustannie przebiegały z jednej strony podwórka na drugą. Często było słychać dźwięk sypiącego się szkła i krzyki zdenerwowanych lokatorów. Piłka nożna konkurowała z grą w dwa ognie. Trawniki były zdeptane do tego stopnia, że trawie udawało się przebić jedynie w odległości pół metra od budynku.

Najlepsze zabawy zaczynały się tuż po deszczu, kiedy brudne kałuże i błoto zamieniały się w tamy, zbiorniki i rzeki, na których toczyło się barwne wodne życie ludzi morza.

Gdy było sucho nic nie wzbudzało większych emocji niż gra w kapsle. Czuliśmy się jak byśmy brali udział w Formule 1. Każdy miał do niej dostęp. Zawsze marzyłem, aby mieć prosty, dobrze wyślizgany kapsel. Patrzyłem z zazdrością na zaradnych chłopców, którzy w kieszeniach mieli po kilka takich. Czasami, gdy dobrze się z nimi żyło to pożyczali.

I zawsze bałem się tylko jednej rzeczy, aby mama nie zawołała mnie do domu. Aby nie kusić losu jeść chodziłem do sąsiadów, których mieszkania były zawsze otwarte.

Często między chmarami dzieciaków przejeżdżał na rowerze chłopak z długimi włosami z gitarą. Po latach wyjechał do Warszawy, gdzie stworzył słynny festiwal Jazzowy – Jazz na Starówce. Na komunię dostałem taki sam rower – Wigry 3.

Wysoki chłopak, syn trenera przynosił stoper swojego ojca i organizował nam wyścigi w bieganiu i na rowerach. Kiedyś nie wyrobiłem na zakręcie i bokiem przejechałem po ostrym baranku elewacji. Do domu wróciłem zakrwawiony i dumny z zaciętej walki.

Ktoś odkrył, że kiedy z biura podróży weźmie się naklejki reklamowe i dołoży się jeszcze pocztówki ze swojego miasta to firmy z zachodu przyślą katalogi ze swoimi produktami. Treść listu napisana łamanym angielskim krążyła rozpowszechniana w tysiącach. Wszyscy zadawali sobie pytanie dlatego oni marnują tyle pieniędzy na nas. A firmy przysyłały te katalogi tysiącami. Wiele lat później, gdy opadła Żelazna Kurtyna nikt nie miał wątpliwości, które marki są najlepsze.
Dzieci zbierały opakowania po zachodnich czekoladach i mydłach. Niewiele było trzeba, aby życie było cudowne.

Podwórko od ulicy dzielił stary, zniszczony budynek. Kiedyś ktoś powiesił na nim tabliczkę: „Budynek do rozbiórki. Grozi zawaleniem.” Mieszkańcy nie wiedzieli co z ta informacją począć. Ktoś tabliczkę zdjął i od trzydziestu lat stoi tam dalej.

Ulicą często przejeżdżały wozy ciągnięte przez konie. Dzieciaki czepiały się ich tak, aby woźnica nie zauważył. Ci byli wybrańcami losu. Nikt nie doświadczał większej adrenaliny niż oni.

Przy tej samej ulicy znajdował się postój taksówek. Dzieci bały się podchodzić do ulicy kiedy w kolejce pojawiały się czarne Wołgi. Bały się także Stefy, niedołężnej kobiety, która machała laską za dziećmi kiedy były zbyt głośno.

Czasami rodzice pozwalali mi pójść ze starszym kolegą gdzieś dalej, aby np. napełnić wodą gazowaną szklane syfony lub napić się „gruźliczanki” z saturatora. Wracałem z tych wypraw szczęśliwy.

Pewnej niedzieli wieczorem zostałem w domu sam. Oglądałem kolejny odcinek czechosłowackiego serialu: „Nikogo nie ma w domu”, gdy nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Przyszli pracownicy z obwodowej komisji wyborczej zapytać się dlaczego rodzice nie przyszli na wybory. Po powrocie do domu mama poszła tam przestraszona. Uśmiechnięte panie i panowie powiedzieli: „Nie trzeba było się fatygować. Wrzuciliśmy już za panią.”

Lata mijały. W kinie Millenium zagrał zespół Perfect. Po raz pierwszy raz usłyszałem „Nie płacz Ewka”. Do Empiku rzucili płyty Izabeli Trojanowskiej, ale bez okładek. O tę trzeba było się dowiadywać w późniejszym czasie. Wynik był taki, że jedni mieli płyty, a inni okładki. Potem na jarmarku można było sobie dokupić albo jedno albo drugie. Na miejscu jarmarku powstało potem duże centrum handlowe z ruchomymi schodami, w którym jednak nikt już ze sobą już nie rozmawia.

Coraz bardziej docierała do mnie szarość mojego otoczenia. W moim pokoju zacząłem gromadzić rośliny. Chowałem się wśród nich. Na ścianach wisiały plakaty z kwiatami z zachodnich czasopism, które cudem udało mi się zdobyć.

Wyszedłem ze swojego pokoju. Wziąłem szpadel i przekopałem połowę zdeptanego trawnika na podwórku. Znajoma sprzątaczka przyniosła mi cebulki i kłącza. Pojawiły się kiełki, pędy i kwiaty. Znałem każdą jedną roślinę. Z emocji nie mogłem w nocy spać. Mój entuzjazm udzielił się innym. Dzieciaki rzuciły się na pozostałą ziemię. Wkrótce zabrakło jej dla innych. Wszędzie rosły kwiaty. Pachniało i było kolorowo. Sąsiedzi podlewali je ze swoich okien.

Wkrótce dostałem wezwanie do spółdzielni mieszkaniowej. Przestraszyłem się. Sprawa dotyczyła założonych przeze mnie ogrodów. Po oficjalnej przemowie, w której zostałem pochwalony, w dowód uznania otrzymałem ufundowaną przez prezesa nagrodę za promowanie właściwych postaw. Miałem 14 lat i po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mam wpływ na otoczenie i mogę zmieniać świat.

Maciek Strzyżewski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s