Z wynajmowanego pokoju do własnego domu

Jak to się dzieje, że dwoje młodych, słabo zarabiających ludzi wprowadza się do własnego domu? To zjednoczona potęga przyjaźni, marzeń i pracy czyni takie cuda.

Jako singlowi żyło mi się dostatnio. Kupowałem co chciałem. Jeździłem, gdzie zapragnąłem. Nigdy nie byłem biedny, ale nie za sprawą tego, że miałem mnóstwo pieniędzy, lecz tego, że czułem się bogaty.

W pewnym momencie stwierdziłem, że to co mam to za mało, aby być w pełni szczęśliwym. Zapragnąłem ciepła kobiety, która sama z siebie chciałaby przytulić się do mnie. Miałem 24 lata i modliłem o dziewczynę, z którą moja dusza mogłaby się zlać w jedną. Wkrótce przyszła. Była cudowna. Jeden z moich wykładowców powiedział z zachwytem: „Maciek! Ależ ona ma sposób chodzenia!”.

Pojawiły się jednak niepokoje. Jak sobie poradzimy? Umiałem żyć samemu, ale czy będę umiał zadbać o nas dwoje, a potem troje czy czworo? Okazało się jednak, że sobie radzimy. Ja dobrze zarabiałem ucząc angielskiego, a Agata otrzymywała przyzwoite stypendium naukowe. Najważniejsze, że było nam razem dobrze, bardzo dobrze.

Mieszkaliśmy w akademiku i trzeba było pomyśleć o przyszłości. Rok później pozostawiliśmy nasze dotychczasowe życie i wyjechaliśmy z Warszawy do Kołobrzegu, aby zaryzykować nowe.

Zamieszkaliśmy w hotelu dla pielęgniarek o nazwie „Medyk”. W opinii obiegowej funkcjonował on jako „tartak”. Nie było jednak aż tak źle. Dziewczyny na ogół były przyzwoite. Gorzej było z facetami, a szczególnie dwoma, jednym zdegenerowanym lekarzem i taksówkarzem. Wierzyli, że korzystają z uroków młodości, a faktycznie bez zmiłowania katowali swoje organizmy i ranili dziewczyny. Zastanawiam się czy jeszcze żyją.

Mieszkaliśmy z Agatą w jednym małym pokoju z widokiem na rzekę Parsętę i starówkę. Łącznie zarabialiśmy 1000 zł. Z powodu braku pieniędzy przez dwa lata nie udawało nam się kupić ani odkurzacza ani lodówki. Czuliśmy się jednak zwycięzcami.

Byliśmy szczęśliwi, że mamy własne lokum, w którym nieźle nam się żyło. Wtedy zadzwonił Waldek, kolega z Grzybowa, który zarządzał ośrodkiem wczasowym. Poinformował nas, że jedna z jego znajomych szuka kogoś, kto w zimie zamieszkałby w jej domu w zamian za opłaty. Zgodziliśmy się natychmiast.

Teraz  mieliśmy 5 pokoi i płaciliśmy mniej niż za naszą kawalerkę w Kołobrzegu zł. Piekliśmy własny chleb i codziennie biegaliśmy po plaży, która znajdowała się 200 m od naszego domu. Nasze zarobki poprawiły się. Na raty kupiliśmy nasz pierwszy samochód, nowe Renault Megane. Nie mogliśmy się nadziwić nad ogromem szczęścia, które na nas spadło.

Po roku musieliśmy jednak wrócić do hotelu dla pielęgniarek. Teraz nie było nam tam aż tak dobrze. Mieliśmy potrzebę wyjść do drugiego pokoju. Zasmakowaliśmy przestrzeni. Apetyt był rozbudzony.

W „Medyku” nie wolno było mieszkać z dziećmi, a Agata była w ciąży. Wkrótce musieliśmy się wyprowadzić. Na wojskowej mapie topograficznej szukaliśmy ciekawych terenów, a potem pojechałem pytać ludzi czy nie chcą sprzedać domu. Pierwszy napotkany człowiek powiedział, że może sprzedać. Godzinę później z Agatą byliśmy u niego ustalając szczegóły.

Do 30 kwietnia mieliśmy wyprowadzić się z „Medyka”, bo od następnego dnia nasz pokój był już wynajęty komuś innemu.

Do 30 kwietnia mieliśmy wyprowadzić się z „Medyka”, bo od następnego dnia nasz pokój był już wynajęty komuś innemu.
1 maja Agata miała rodzić.
25 kwietnia bank odmówił nam kredytu.
26 kwietnia drugi bank zgodził się udzielić nam kredytu na 100% wartości.
29 bank przelał pieniądze.
30 kwietnia podpisaliśmy akt notarialny i przeprowadziliśmy się.

Dom był zbudowany w 1899. Nie wiedzieliśmy do którego pokoju się wprowadzić. Żaden się nie nadawał się do zamieszkania. Na węglowej kuchni po 45 minutach udało mi się zrobić jajecznicę, nasz pierwszy posiłek w nowym miejscu.

Następnego dnia Waldek przywiózł nam kuchenkę elektryczną i zainstalowaliśmy bojler. Nasze życie bardzo się usprawniło. Mieliśmy ciepłą wodę. Od tego dnia dziesiątki zwykłych codziennych spraw, których dotąd nie dostrzegaliśmy, sprawiało nam radość większą niż dotąd największe przyjemności.

Lato było piękne. Większość czasu spędzaliśmy w ogrodzie na hamaku wśród kwitnących własnych jabłoni i z naszym dzidziusiem, który się urodził dwa tygodnie po przeprowadzce. Dwa lata później w maju urodziło się drugie dziecko. Oboje pojawiły się maju, tak abyśmy mogli bezboleśnie „wstrzelić się” w rok szkolny.

Odwiedzili nas rodzice. Mama przez dwa kolejne miesiące płakała z powodu warunków w jakich mieszkamy. My jednak oczami wyobraźni spoglądaliśmy w przyszłość, która rysowała się w jasnych kolorach.

Mieszkaliśmy na odludziu, 3 km od najbliższej wsi, do której dojeżdżało się przez pola i rozlewiska w jedną stronę oraz 3 km w drugą przez las do trasy A6. Gdy ktoś z Gdańska chciał nas odwiedzić instruowałem: „Jedziesz prosto przez 230 km, a potem w prawo 3 km przez las” albo dla tych ze Szczecina: „Jedziesz prosto przez 100 km, a potem w lewo 3 km przez las”.

Było to takie miejsce, że gdy kiedyś tuż przed wyjazdem po ciemku wypadło mi 500 zł to po trzech dnia banknoty wciąż tam leżały.

Nasz dom niegdyś stanowił część folwarku o nazwie Helenówek. Na niektórych mapach znajduje się ta nazwa, która dotyczy jedynie naszego domu.

Wkrótce zaczęli przyjeżdżać do nas znajomi dziennikarze i muzycy z Warszawy. Nasz dom stał się dla nich odtrutką od gwaru jaki panuje wokół Pałacu Kultury. Tak było w lecie.

Gdy nadeszła jednak zima byliśmy niczym pierwsi osadnicy amerykańscy, którym Indianie uratowali życie. Miejscowi wielokrotnie wyciągali nas z opresji. Nie wiedzieliśmy skąd się biorą ciepłe grzejniki i woda w kranie. Nie wiedzieliśmy, że mokry dąb nie pali się i jedynie zadymia kotłownię, a mokra brzoza pali się świetnie i w dodatku ładnie pachnie. W trybie przyspieszonym musieliśmy się tego wszystkiego uczyć. Było ciężko. W nocy wstawałem co 2 godziny, aby dorzucać do pieca. W domu było maksymalnie 17 stopni C. Dzieci na wszystkich zdjęciach z tamtego okresu biegają w kurtkach i czapkach.

Pewnego wieczoru po powrocie z pracy w Kołobrzegu natychmiast poszedłem napalić w piecu. Kotłownia była zalana wodą. Pękł piec. Na dworze był mróz. Do rana w domu było 8 stopni.

Zima wyssała z nas mnóstwo energii, ale byliśmy po niej mądrzejsi i bardziej zaradni. Uczyłem się tego co w życiu najważniejsze – umiejętności przetrwania. Obkopałem dom, aby zrobić izolację. Wymieniłem wszystkie drzwi, okna, instalację elektryczną i grzewczą. Wymurowałem szafki w kuchni i wygładziłem wszystkie ściany.

Mieszkaliśmy tam bez telewizji, internetu i przez bardzo długo bez telefonu. Dzieci niemalże przez cały czas przebywały na dworze. Czas spędzaliśmy twórczo. Agata wyszywała patchworki i trenowała tańce izraelskie, a ja pisałem książkę i robiłem zdjęcia. Kilka razy po kilka miesięcy mieszkał z nami chłopak, który rzeźbił. Pod okna podchodziły nam sarny.

Gdy dom był już niemalże skończony i oswojony wyprowadziliśmy się z niego. Kupił go architekt ze Szczecina.

Mieszkaliśmy tam przez pięć lat. Był to niesamowity okres naszego życia, który wspominamy z łezką w oku.

Maciek Strzyżewski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s